Reportaż
Najpierw gaśnie telefon, potem pośpiech. Wieczór w Carpe Diem nie ma planu — ma rytm. Woda w balii dochodzi do temperatury powoli, jak wszystko tutaj.
Sauna rozgrzewa świerkowy bal i pachnie żywicą. Wychodzisz prosto w chłód, na taras, gdzie jezioro Tałty oddycha mgłą. Trzy minuty i wracasz — to cały rytuał, którego nie trzeba nikomu tłumaczyć.
Niebo, którego nie widać w mieście
Skorupki leżą w strefie ciemnego nieba. Gdy zgasisz światło na tarasie, gwiazd jest tyle, że trudno znaleźć znajome gwiazdozbiory. Drogę Mleczną widać gołym okiem — i to jest ten moment, dla którego ludzie tu wracają.
Kominek, koc, cisza. Następnego ranka pamięta się nie atrakcje, tylko to, że w końcu się zwolniło.
